Wszystko jest możliwe – a co, jeśli nie i tak też jest dobrze?

wszystko jest możliwe a czasami nie

Jak byłeś dzieckiem, na pewno chciałeś czegoś tak mocno, że aż bolało. Roweru spod choinki. Żeby tata wrócił wcześniej z pracy. Żeby wakacje nigdy się nie kończyły. Chciałeś całym sobą, bez reszty. Bo nikt Ci jeszcze nie powiedział, że można chcieć, ale nie zawsze to przychodzi.

„Wszystko jest możliwe”. Ładne, prawda? Tak ładne, że drukują to na kubkach i sprzedają na pęczki.

I czytasz to teraz, i myślisz: no dobra, ale co w tym złego? Przecież to tylko motywacja.

Oczywiście, ale zależy dla kogo. I zależy kiedy.

Kto właściwie twierdzi, że możemy wszystko?

To powiedzenie ma dobre serce. Wzięło się z prostej chęci, żeby dodać komuś odwagi. „Chcieć to móc”, „marzenia się spełniają”, „manifestuj, a przyjdzie”. Cała ta półka z motywacją stoi na jednym: że granicę trzyma głównie Twoja głowa, więc wystarczy ją przestawić.

I to jest dobre. Czasem to działa. Komuś, kto się skreślił, kto stanął w miejscu i wmówił sobie „ja się do tego nie nadaję” – taki kop potrafi ruszyć wajchę. Tego nie odbieram.

Ale może być też tak, że gdzieś po drodze zachęta zamienia się w prawo fizyki. „Możesz spróbować” cichcem robi się „musisz dać radę, bo wszystko zależy od Ciebie”. A stąd już tylko krok do zdania, którego nikt nie mówi na głos, ale każdy je słyszy: skoro wystarczy mocno chcieć, to jak Ci nie wyszło – widocznie chciałeś za słabo lub jesteś słaby.

Pamiętam, jak jako dzieciak byłem święcie przekonany, że jeśli wystarczająco mocno będę trzymał kciuki, moja drużyna nie może przegrać. Przegrała. I przez chwilę naprawdę myślałem, że to moja wina. Że trzymałem za słabo.

Śmieszne u dziecka. Mniej śmieszne, gdy tak samo myśli dorosły.

Komu to zdanie robi realną krzywdę?

Powiedz „wszystko jest możliwe” komuś, kto tydzień temu wrócił z pogrzebu. Komu lekarz właśnie powiedział to, czego nikt nie chce usłyszeć. Kto patrzył, jak rozpada się coś, co budował połowę życia.

Nie. Akurat tej jednej rzeczy, której chce najbardziej, zrobić się czasami nie da. Nie ma takiej ilości chcenia, która cofnie to, co się stało. I w tej sekundzie „wszystko jest możliwe” przestaje być wiatrem w żaglach, a może być policzkiem.

Psychologowie mają na to nazwę: toksyczna pozytywność. To ten rodzaj wsparcia, które tak bardzo chce, żebyś czuł się dobrze, że nie zostawia miejsca na to, co czujesz naprawdę. A prawda jest taka, że nie wszystko jest możliwe dla każdego – i mimo to Twoje życie dalej ma sens, cel i swoje jasne dni. Jedno nie wyklucza drugiego.

Bo najgorsze w tym całym micie o możliwościach nie jest nawet „możesz wszystko”. Najgorsze jest to ciche drugie zdanie, doklejone pod spodem: „a jak nie masz, to znaczy że za mało chciałeś”.

A gdyby „nie wszystko” wcale nie było porażką?

Jest w psychologii coś takiego, jak radykalna akceptacja. Brzmi groźnie, a chodzi o rzecz prostą – i od razu ją odczaruję, bo najczęściej rozumie się ją na opak.

Akceptacja to nie jest rezygnacja. To nie machnięcie ręką, nie zgoda na krzywdę, nie „no trudno, poddaję się”. To coś znacznie trudniejszego: przestać bić głową w mur faktu, który już się wydarzył i którego nic nie odkręci.

Dopóki walczysz z tym, czego zmienić się nie da, cała Twoja siła idzie w ten mur. Znika. W chwili, gdy mówisz „tak, to się stało, tego nie cofnę” – nagle robi się miejsce na inne pytanie. Nie „dlaczego ja”, tylko to, na co ja właściwie mam jeszcze wpływ?.

I zwykle okazuje się, że na więcej, niż Ci się wydawało. Nie na wszystko. Na coś. Ale to „coś” jest prawdziwe – a nie wymalowane na kubku.

Wróćmy na chwilę do tamtego dziecka, które chciało wszystkiego naraz. Ono nigdzie nie dochodzi. Chce roweru i psa, i żeby było lato, i żeby nigdy nie iść spać – wszystkiego, w tej samej sekundzie, z równą siłą. Dopiero kiedy człowiek dorasta i mówi „dobra, nie wszystko, ale to jedno – to jest moje i po to idę” – dopiero wtedy pierwszy raz gdzieś naprawdę dochodzi.

Granica nie zabiera Ci marzeń. Granica pokazuje, gdzie je postawić, żeby wreszcie ruszyły z miejsca.

No dobrze – co z tym zrobić?

Nie chodzi o to, żeby przestać marzyć. To byłby kolejny głupi nakaz do kolekcji. Chodzi o coś odwrotnego – żeby przestać przepalać się na darmo. Kilka rzeczy realnie pomaga.

Nazwij na głos, czego się nie da. Wprost, bez owijania. To boli przez moment, ale kończy wojnę, która bolała bez końca.

Sprawdź, co z tego, czego chcesz, wciąż jest w zasięgu. Zawsze coś jest. I właśnie tam włóż tę energię, którą do tej pory zżerał mur.

I przestań mierzyć się miarą „gdybym bardziej chciał”. Powiem szczerze, aż do bólu: to, że świat ma granice, nie jest Twoją porażką. Nie przegrałeś dlatego, że byłeś za słaby. Jesteś człowiekiem, a nie czarodziejem z kubka.

Nie wszystko – i to jest OK.

Byłeś kiedyś tym dzieckiem, które chciało wszystkiego naraz. Gdzieś w środku wciąż nim jesteś – i dobrze, bo to ono nie pozwala Ci zgasnąć. Ale dorosłeś na tyle, żeby wiedzieć jedno, czego tamten mały Ty jeszcze nie wiedział: że siła nie polega na tym, żeby chcieć wszystkiego. Polega na tym, żeby wybrać to jedno, co naprawdę Twoje – i po to pójść.

Nie każde marzenie się spełni. Nie każdej straty da się odwrócić. I to jest w porządku. Nie dlatego, że się poddajesz. Dlatego że dopiero wtedy, gdy nazwiesz, czego nie da się mieć, widzisz wreszcie to, co wciąż możesz mieć.

Bo może wcale nie chodzi o to, żeby móc wszystko.

Chodzi o to, żeby to, co możesz, wreszcie ruszyło z miejsca. Jeśli stoisz teraz przed swoim „nie wszystko” i nie chcesz w tym stać sam – sprawdź, jak wygląda wsparcie w życiu albo po prostu umów bezpłatną rozmowę.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry