W zlewie jeden talerz, kubek i łyżeczka, pamiątka po deserze. Do umycia później.
Później to piękne słowo. Mieści się w nim wszystko, czego nie chce Ci się zrobić teraz. Ten talerz. Ten mail. Ta rozmowa. Rzeczy, które odkładasz czasami od tygodni, bo może nie być miła. Właśnie – może…
Więc talerz, kubek i łyżeczka czekają. Rano dochodzi kubek po kawie. Wieczorem drugi. Trzeciego dnia patrzysz na zlew i nie znikło. I stoisz tak nad tym zlewem jak bohater, który wszystko ogarnie. Później… Jutro… Może…
Niedokończone sprawy działają jak brudne naczynia. Same bardzo rzadko znikają, za to często się napiętrzają.
Później zawsze jest drożej.
Wrzucić talerz do zlewu jest szybciej, niż go umyć. No pewnie. Nie podjąć decyzji jest łatwiej niż ją podjąć. Nie zadzwonić jest wygodniej, niż zadzwonić. Za każdym razem kupujesz sobie chwilę świętego spokoju. Jednak to zakup na kredyt i do tego oprocentowany.
Bo talerz nie robi się czystszy od czekania. Robi się gorszy. Rano zmyłbyś go w dziesięć sekund. Wieczorem to już odmaczanie, szorowanie i frustracja. Sprawa, której nie ruszasz, zachowuje się tak samo. Im dłużej stoi, tym mocniej przywiera.
„No ale nie da się wszystkiego naraz”. Jasne, że nie. Tylko nie oszukujmy się co do słów. Odłożyć to powiedzieć „wrócę w czwartek”. Odstawić to powiedzieć „może samo zniknie”. Jedno to plan. Drugie to nabijanie się w butelkę.
Zawsze w złym momencie.
Wpada do Ciebie znajomy bez zapowiedzi. Chcesz nalać kawy, sięgasz po kubek, a tu nagle okazuje się, że wszystkie brudne. Więc i tak musisz stanąć przy kranie i ogarnąć te „później”, „jutro” i „może”.
Podobnie wracają niedokończone sprawy. Może to być w niedzielę po południu, kiedy powinieneś mieć swoje przyjemności. Może wracają w najgorszym możliwym momencie, kiedy jesteś spięty innymi bieżącymi sprawami. Zaległości nie lokują się same w odpowiednim czasie w do Twojego kalendarza.
A i tak najgorsze dzieje się po cichu. Bo nawet kiedy nie patrzysz na ten zlew, gdzieś z tyłu głowy wiesz, że tam jest coś niedokończonego. Niby leżysz na kanapie, niby odpoczywasz, a jakaś część Ciebie, co jakiś czas dalej przy nim stoi i zmywa. Odpoczynek z brudnym zlewem w tle to nie odpoczynek. To przerwa w martwieniu się.
A może umyje to ktoś inny.
Są też brudne naczynia gorsze niż Twoje własne.
W domu dwoje ludzi dokłada do jednego zlewu i każde czeka, aż to drugie w końcu pęknie i umyje.
W pracy temat leży na środku biura, więc każdy go mija, bo przecież „nie moja działka”. I każdy ma cichą nadzieję, że zrobi to ktoś inny.
Nie robi. Naczynia rosną, a razem z nimi cisza i pretensja, kto tu więcej dokłada, a kto zmywa.
I tu jest ten numer z odkładaniem. Każdy odkłada, żeby było lżej. A robi się ciężej. Bo cała sterta i tak spadnie na jednego. Zwykle na tego, kto pęknie pierwszy i weźmie wszystko na klatę. Gdyby każdy po prostu brał to, co ma przed nosem, nikt nie dźwigałby na końcu góry. Nikt nie byłby bardziej zmęczony ani w domu, ani w pracy.
Możesz obejść?
Możesz przed tym talerzem uciekać, ile chcesz. Wyjść z kuchni, zamknąć drzwi, puścić serial głośniej. Talerz to przeczeka. On się nie umyje sam i nikt Ci go z głowy nie zdejmie. Jedyna droga, która naprawdę zamyka sprawę, prowadzi przez zlew. Nie dookoła. Przez środek.
Brzmi jak wyrok, a jest ulgą. Bo skoro i tak musisz przez to przejść, to nie ma już pytania „czy”. Jest tylko „kiedy”. Teraz, na spokojnie, jeden talerz? Czy potem, w panice, z pustym kubkiem i znajomym w progu?
Jak ruszyć, żeby nie utonąć.
Tylko bez zrywu. Nie chodzi o to, żeby załatwić wszystkie zaległe sprawy w jeden dzień. Bo już sama myśl demotywuje.
Ale w jeden dzień je tak po prostu nazwij i spisz.
W drugim dniu zaplanuj jedną zaległość, jako jedną dodatkową rzecz w tygodniu.
Trzymaj się tego harmonogramu, a za miesiąc będziesz już znacznie mniej miał na głowie.
Zmywaj na bieżąco. To cały sekret ludzi, którzy nie mają wiecznie zawalonego zlewu. Oni nie są od Ciebie lepsi ani silniejsi. Po prostu biorą talerz i go myją, póki nie jest zaschnięty, póki nie ma więcej.
Zlew zawsze nie będzie pusty.
Bo jutro znów będzie kubek. Pojutrze talerz. Nie o to chodzi, żeby raz umyć i mieć spokój do śmierci. Taki spokój nie istnieje i dobrze, bo znaczyłby, że już nic się nie dzieje.
Chodzi o to, żeby nie dać tej stercie urosnąć tak, że odcina Cię od własnej kuchni. Żeby, kiedy ktoś zapuka bez zapowiedzi, to mieć dla niego w czym zaparzyć herbatę, mieć czas i uwagę, a nie dzielić ją z brudnymi naczyniami.
A jeśli ta sterta rośnie już tak długo, że nie wiesz, od której sprawy zacząć, to ustalmy razem plan Twojego spokoju, tylko powiedz kiedy?



