Zagubione zabawki uczą, jak radzić sobie ze stratą.

zagubione zabawki uczą jak sobie radzić ze stratą

Codzienność ma to do siebie, że doceniamy ją dopiero, gdy się skończy. Zaczynamy tęsknić za zwykłym poniedziałkiem, jak jesteśmy chorzy, za korkiem na obwodnicy, jeśli nasz samochód jest w serwisie, za ludźmi, z którymi pracujemy – jeśli dłużej nas nie ma na danym oddziale. To wszystko doceniamy, jeśli wydarzy się coś, co uniemożliwia nam tę codzienność. Nie zawsze chodzi o stratę bliskiej osoby. Czasem to rozstanie, przeprowadzka, utrata pracy, koniec czegoś, co było oczywiste. Każda z tych rzeczy potrafi uruchomić to samo – proces, który nazywamy żałobą, choć nikt nie umarł.

Ile osób jako małe dziecko zgubiło ulubionego misia albo inną zabawkę?

Czytasz to i myślisz: co to za porównanie? Zabawka a prawdziwa strata?

A teraz cofnij się na moment. Bo dla dziecka w wieku czterech, pięciu czy sześciu lat zgubiony miś to nie był „tylko pluszak”. To był przyjaciel. Obrońca przed złymi duchami, tak przytulany, że aż przetarty. Ten, z którym jadło się śniadanie, rozmawiało i zasypiało. Jego zniknięcie to była pierwsza w życiu prawdziwa strata – i dziecko przeżywało ją całym sobą.

Co ciekawe, przeżywało ją dokładnie tak, jak dorosły przeżywa żałobę. Najpierw niedowierzanie – pamiętam, jak sam szukałem wszędzie misia, którego zgubiłem, pewny, że zaraz się znajdzie. Potem złość – na wszystkich dookoła i na siebie. Potem smutek, w którym żadna inna zabawka nie poprawiała humoru. I wreszcie pogodzenie – trudne uznanie, że nie wróci, i że świat już nie będzie taki sam. Te same etapy, przez które przechodzi dorosły po stracie – opisałem je szerzej w osobnym tekście o etapach żałoby.

Skoro to tak podobne – czemu dorosłemu zajmuje to dłużej?

Bo między dzieckiem a dorosłym jest jedna zasadnicza różnica. I nie jest to różnica na naszą korzyść.

Dziecko pozwala sobie wyrzucić emocje na zewnątrz. Płacze, kiedy chce płakać. Nie zastanawia się, czy wypada. Nie myśli, co powiedzą inni. Nie czeka na „odpowiedni moment”, żeby poczuć. Po prostu przeżywa – i właśnie dlatego przechodzi przez to szybciej.

My, dorośli, mamy nawbijane do głowy całą resztę: nakazy, zakazy, schematy tego, jak wypada, jak nie wypada się zachować. Uczono nas od małego – „nie becz”, „było, minęło”, „weź się w garść”. Lecz nie zawsze tłumaczone czemu. Więc kiedy przychodzi prawdziwa strata, zamiast ją przeżyć, zakładamy maskę normalności i dusimy wszystko w środku. A to, co zduszone, nie znika. Tylko trwa dłużej. Dziecko nie ma tych masek, dlatego jest w tym paradoksalnie mądrzejsze od nas.

„To tylko zabawka” – czyli jak odbieramy prawo do bólu.

Jest jeszcze jedna waż rzecz, którą miś nam pokazuje.

Kiedy dorosły mówi dziecku „przecież to tylko zabawka, kupię ci nową”, robi coś, czego zwykle nie zauważa: odbiera dziecku prawo do jego bólu. Mierzy tę stratę swoją miarą, nie miarą dziecka. A z perspektywy dziecka strata jest całkowita.

I teraz najciekawsze: dorośli robią to samo sobie nawzajem. „Przecież to było tylko rozstanie”. „Minęło już tyle czasu”. „Inni mają gorzej”. Psychologia ma na takie straty nazwę – straty pozbawione praw. To te, wobec których świąt nie daje społecznego przyzwolenia na cierpienie, bo uznaje je za „za małe”. Rozstanie. Utrata pracy. Odejście przyjaciela. Zwierzę, którego zabrakło.

A prawda jest taka, że cierpienia nie da się zważyć cudzą wagą. Twój ból nie potrzebuje niczyjej zgody ani porównania z gorszym nieszczęściem, żeby być prawdziwym. Skoro nie wyśmiewamy dziecka rozpaczającego po misiu – nie mamy prawa robić tego sobie.

Dobrze, ale co z tym zrobić?

Nie chodzi o to, żeby cierpieć krócej na siłę – to byłby kolejny nakaz do kolekcji. Chodzi o coś odwrotnego: żeby dać sobie prawo przeżyć to naprawdę. Tak jak dziecko – bez wstydu, bez oglądania się, czy wypada.

Kilka rzeczy realnie pomaga.

Znajdź miejsce i daj emocjom wyjść. Płacz, jeśli potrzebujesz. Wykrzycz, jeśli jesteś zły. Emocja, której pozwolisz wyjść, mija szybciej. Ta, którą zablokujesz, zostaje na dłużej.

Daj sobie czas – ale nie nieskończony. Tu jestem szczery do bólu: przeżywanie ma sens, celebrowanie w nieskończoność już nie. Z obserwacji przystosowanie do nowej rzeczywistości zajmuje najczęściej od kilku miesięcy do około półtora roku. Jeśli po tym czasie wciąż tkwisz w tym samym miejscu, to nie słabość – to sygnał, żeby dać sobie pomóc, nie zostawać w tym samemu.

Nie zakładaj maski. Udawanie, że wszystko gra, gdy w środku się sypie, kosztuje więcej energii niż samo przeżywanie. Maska męczy bardziej niż łzy.

Każdy z nas był kiedyś tym dzieckiem.

I każdy z nas gdzieś w środku wciąż nim jest – z tą samą zdolnością, żeby przeżyć stratę i pójść dalej. Bo pamiętaj, jak kończyła się historia zgubionego misia. Po pewnym czasie dziecko uczyło się żyć bez niego. Owszem, trzeba było zostawić na noc zapaloną lampkę. A potem, pewnego dnia, nawet ona przestawała być potrzebna. Pewnego dnia otwierało się na nową zabawkę, która została z nim. Nie da się stracić i zapomnieć. Ale da się nauczyć żyć dalej – a z czasem nawet czerpać z tego siłę i docenić to, co było, i to, co jest.

Tę zdolność masz w sobie od zawsze. Nosisz ją w sobie od czasów tamtej zabawki. Czasem po prostu ktoś musi pomóc Ci ją odblokować. I jeśli potrzebujesz takiego wsparcia sprawdź, jak ono wygląda albo po prostu umów bezpłatną rozmowę.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry