Dziś druga część informacji o rozpoczęciu związku. W pierwszej części rozmawialiśmy o sprzątaniu w głowie. O tym, jak przestać trzymać w salonie duchy przeszłości i udawać, że to całkiem udana dekoracja wnętrza.
Załóżmy więc, że odrobiłeś tę lekcję. Ułożyłeś historię, tak że sama nie hula po domu, a Ty stoisz na progu i zadajesz sobie to drugie, może groźniejsze pytanie: kogo ja właściwie chcę poznać?
I tu zaczyna się robić ciekawie.
Akwarium bez rybek, czyli, po co Ci właściwie drugi człowiek?
Obserwuję ludzi po przejściach – po ciężkich rozstaniach albo po stracie – i widzę, jak niesamowitą mają tendencję do wpadania w dwie skrajności.
Skrajność pierwsza: „Nikogo już w życiu nie potrzebuję. Jestem samowystarczalną twierdzą, mam psa, abonament na serwisy streamingowe, podróżuję i świetnie sobie radzę”. To brzmi dumnie, dopóki nie przyjdzie niedzielny wieczór albo gorszy dzień, w którym orientujesz się, że pies nie porozmawia z Tobą o tym, co Cię naprawdę boli.
Skrajność druga: „Potrzebuje kogoś, kto ma tętno, odpowiada na wiadomości w pięć minut i nie zostawia pustych kartonów po mleku w lodówce”.
Oba te stany są podszyte dokładnie tym samym: strachem. Gdy wybierasz kolejnego partnera z poziomu lęku przed samotnością, Twój wewnętrzny GPS zachowuje się jak po wypiciu trzech mocnych drinków. Każdy, kto okaże Ci odrobinę ciepła, uśmiechnie się w Twoją stronę i zapyta, jak minął dzień, zaczyna wydawać się życiowym partnerem.
A potem mijają trzy miesiące, opada pierwsza fala fascynacji i budzisz się rano w kuchni z pytaniem w głowie: co ten człowiek tu robi i dlaczego drażni mnie nawet to, w jaki sposób miesza herbatę?
Prawda jest brutalna: jeśli uciekasz przed ciszą we własnym domu, nie wybierasz partnera. Robi to za Ciebie twój mózg, który podsyła Ci myśli potrzeb, a nie realne cechy drugiej osoby.
Składanie mebli bez instrukcji.
Żeby lepiej to zobrazować, odwołajmy się do doświadczenia, które niemal każdy z nas przeszedł w praktyce.
Wyobraź sobie, że kupujesz wielką komodę z szufladami. Przywozisz pudła do domu, rozpakowujesz je na środku salonu i stwierdzasz, że przecież doskonale wiesz, jak to skręcić. Kto by tam czytał instrukcję? Spieszy Ci się, chcesz natychmiast zobaczyć efekt, chcesz postawić na niej książki i poczuć, że przestrzeń jest urządzona.
Więc skręcasz te płyty. Wciskasz kołki, czasami na siłę, dokręcasz śruby czymkolwiek, co masz pod ręką. Gdy kończysz, regał stoi. Wygląda z daleka całkiem znośnie. Tyle że na podłodze została Ci cała garść luźnych śrub, dwie kątówki i dziwny kawałek blachy. I co wmawiasz sobie z dumą? „A to pewnie części zapasowe! Wymyślają te instrukcje dla ludzi, którzy nie mają wyobraźni”.
I ten Twój regał stoi. Do pierwszego potknięcia. Do dnia, w którym ktoś niechcący się o niego oprze albo dostawi na półkę jedno cięższe naczynie. Wtedy cała konstrukcja składa się z hukiem, a Ty stoisz pośród połamanych desek i wrzeszczysz na cały świat: „Dlaczego znowu trafiłem na tandetny mebel?!”.
Nie trafiłeś na tandetny mebel. Po prostu olałeś instrukcję. Zignorowałeś fakt, że pewne elementy muszą do siebie pasować, a brakujące śruby to nie były „części zapasowe”, tylko fundamenty stabilności.
Większość ludzi po stracie wchodzi w nowe związki dokładnie w ten sposób. Wciskają drugiego człowieka do swojego życia na siłę, udając, że braki w wartościach, kłótnie o bzdury, czy całkowicie odmienne wizje przyszłości to tylko „drobne detale, które jakoś się ułożą”.
Nie ułożą się. Samo się nic nie układa, oprócz kurzu na meblach.
Nie szukasz kopii. Ani absolutnego przeciwieństwa.
Nasz mózg po trudnych przejściach bardzo lubi płatać nam złośliwe figle. Ustawia nas w dwóch trybach poszukiwań.
Tryb pierwszy to „Szukam kopii”. Szukasz kogoś, kto mówi jak Twój poprzedni partner, wygląda podobnie i ma podobne nawyki. Tylko najlepiej bez tych kilku konkretnej wad, przez którą wylądowaliście na zakręcie. Chcesz odtworzyć ten sam film, tylko zmienić ostatnie dwadzieścia minut. Niestety, to tak nie działa. Próbując wcisnąć kogoś w cudze buty, robisz krzywdę sobie i tej drugiej osobie.
Tryb drugi to „Szukam absolutnego przeciwieństwa”. Jeśli Twój poprzedni partner był spokojnym domownikiem, który spędzał wieczory z książką, teraz szukasz szalonego miłośnika skoków ze spadochronem i nocnego życia. Bo wydaje Ci się, że zmiana bieguna o sto osiemdziesiąt stopni uratuje Cię przed powtórką z historii.
To tak, jakby po poparzeniu się wrzątkiem postanowić, że od dziś pije się wyłącznie wodę z lodem i dziwić się, że po tygodniu bolą Cię zęby.
Świadomy wybór partnera polega na czymś zupełnie innym. Polega na tym, że przestajesz szukać kogoś do obsadzenia roli w tym filmie, którą napisałeś pięć lat temu. Zaczynasz pisać całkowicie nowy scenariusz, biorąc pod uwagę to, kim jesteś dzisiaj – z Twoimi nowymi bliznami, Twoimi granicami i Twoim obecnym doświadczeniem.
Czy świadomość chroni przed bólem?
Chcę to powiedzieć bardzo wyraźnie, żebyś nie wyszedł, stąd z iluzją: świadomy wybór partnera nie gwarantuje, że już nigdy w życiu nic Cię nie zaboli.
Ludzie się zmieniają. Życie potrafi rzucić pod nogi kłody, o których nie miałeś pojęcia. Może się okazać, że osoba, którą poznałeś naprawdę – a nie tylko wymyśliłeś ją sobie w głowie – po dwóch latach pójdzie w zupełnie inną stronę niż Ty.
Ale jest jedna różnica. I ta różnica zmienia absolutnie wszystko.
Kiedy wchodzisz w relację nieświadomie – po to, by zagłuszyć ciszę albo udowodnić sobie, że wciąż jesteś atrakcyjny – po ewentualnym rozstaniu zostajesz z ogromnym poczuciem wstydu i poczuciem, że dałeś się oszukać. Masz do siebie żal, że byłeś ślepy.
Kiedy wybierasz świadomie – patrząc na drugiego człowieka bez różowych okularów, sprawdzając wartości i dając sobie czas – nawet jeśli coś nie przetrwa próby czasu, nie tracisz szacunku do samego siebie. Wiesz, że podjąłeś dojrzałą decyzję. Nie łapałeś się pierwszej ręki, która akurat była w pobliżu.
Jak sprawdzić, czy nie składasz mebli na siłę?
Rzućmy na stół konkret. Jak to wygląda w codziennej praktyce, kiedy na horyzoncie pojawia się ktoś nowy?
Zdejmij na chwilę różowe okulary i załóż robocze gogle. Łatwo jest zachwycić się kimś na dwugodzinnej kolacji, gdy oboje jesteście wypoczęci, pachnący i prezentujecie swoje najlepsze wersje. Zobacz, jak ta osoba zachowuje się, gdy stoi w godzinnym korku na obwodnicy, gdy jest zmęczona po dziesięciu godzinach w pracy albo gdy kelner pomyli zamówienie w restauracji. Tam wychodzi prawdziwy materiał, z którego jest zrobiona.
Uważaj na „efekt ratownika”. Jeśli wchodzisz w relację z myślą: „Ja go uratuję”, „Ja ją wyciągnę z jej problemów”, to zatrzymaj się natychmiast. Nie budujesz związku. Otwierasz prywatny warsztat naprawczy. A z warsztatami jest tak, że klienci po odebraniu naprawionego auta zazwyczaj odjeżdżają do domu, zamiast zostawać z mechanikiem na zawsze.
Pytaj o sprawy, które mają znaczenie, zanim powstanie wspólny kredyt. Nie musisz robić przesłuchania jak w prokuraturze na drugiej randce. Ale udawanie, że tematy podejścia do rodziny, sposobu spędzania czasu, czy radzenia sobie ze stresem „same jakoś się ułożą”, to czysty sabotaż.
Daj sobie czas na próbę obciążeniową. Życie to nie jest ciągły urlop w ciepłych krajach. Sprawdź, jak reagujecie na swoje słabsze dni, na odmienne zdania, na sytuacje, w których nie wszystko idzie po Waszej myśli. Związek to nie sprint na sto metrów, gdzie liczy się efektowne wyjście z bloku. To maraton w zróżnicowanym terenie.
Jeśli czujesz, że po raz kolejny próbujesz dopasować kogoś na siłę do pustego miejsca w swoim życiu, a na podłodze znowu zostaje Ci garść niepotrzebnych śrub – sprawdź, jak wygląda wsparcie w życiu albo od razu umów bezpłatną rozmowę. Poustawiamy te klocki tak, żeby konstrukcja była trwała, a nie tylko „jakoś stała”.



